Krnąbrne oko fotografa

Obnażone modelki w seksualnych pozach i nadzy modele hojnie obdarzeni przez naturę, a pomiędzy nimi mężczyźni w idealnie skrojonych garniturach projektu Toma Forda. Erotyzm, nagość i naturalizm w kampaniach reklamowych są słynnymi już, autorskimi znakami Terry’ego Richardsona, prawdziwego enfant terrible fotografii mody.

Wygląda raczej na kierowcę tira niż na sławnego fotografa-skandalistę: drobny, gęste wąsy i bokobrody zachodzące aż na linię dolnej szczęki, okulary w rogowej oprawie na pół twarzy, flanelowa koszula w kratę, spodnie od dresu albo dżinsy, a do tego trampki. I wytatuowane aż po nadgarstki ręce, które raz po raz pojawiają się w pstrykanych przez niego kadrach. Wiosną Vogue Homme International opublikował zdjęcia Terry’ego z sesji z zegarkami. Tyle że zegarki pojawiają się tam mimochodem, bo pierwszą rolę gra ręka fotografa, która raz ściska sutek modelki, raz trzyma ją za pośladek, a raz głaszcze po policzku czułym gestem. A to wcale nie najbardziej kontrowersyjne foty z wciąż rosnącej i obrastającej kolejnymi skandalami kolekcji.

Rozbieranki i sława

Terry Richardson pewnie nie miałby dziś opinii największego świntucha światowej fotografii, a Sisley pozostałby tylko niszową marką Benettona, gdyby nie ryzykowny dla obu stron kontrakt na pierwszą sesję reklamową w 1997 roku. Dzięki prowokacyjnym kampaniom reklamowym Sisleya Terry trafił do panteonu największych fotografów mody, a sama marka zyskała światową sławę. Jego zdjęcia daleko odbiegają od standardów, czyli nie są ładne i grzeczne. Dlatego też Terry’ego Richardsona zatrudniają firmy odważne, które nie boją się kontrowersji, a co za tym idzie krytyki, jak: Gucci, Armani, Chloe, Carolina Herrera, Hugo Boss, Nike (ta lista jest długa i wciąż rośnie). Niektórzy uważają, że jego twórczość to zwykła pornografia – wiele się nie mylą, bo Terry balansuje na bardzo cienkiej linii pomiędzy naturalną nagością i erotyką a wulgarnością i kompletnym brakiem smaku. Sam deklaruje, że pornografii nie znosi. „Porno jest smutne, przygnębiające i uwłacza drugiej osobie. U mnie wszystko oparte jest na totalnej wolności i zgodzie”, twierdzi. Przy czym trzyma jeszcze inne atuty w rękawie kraciastej koszuli – niezwykłe poczucie humoru i autentyczność.

To dlatego Kate Moss zdjęła majtki w kampanii dla modowego magazynu Pop, a modelka Josie Moran w słynnej wiejskiej sesji dla Sisleya ssała mleko prosto od kozy. „Chodzi o to, by pokazywać seks w popularnych magazynach lifestyle’owych, a nie w czasopismach, takich jak Penthouse czy Hustler. Chodzi o seks prawdziwy, bez upiększeń, ale za to w otoczce naszych lęków i fantazji”, mówi Richardson i schlebia mu, kiedy nazywa się go Woody Allenem współczesnej fotografii. Bo Terry, który uwielbia urządzać foto-seks-party ze sobą w roli głównej, twierdzi, że filmy Manhattan i Annie Hall oraz zdjęcia Nan Goldin ukształtowały go jako artystę.

Wielbiciele jego sztuki uważają, że nie rozbiera modelek ani sław, a jedynie odkrywa ich naturalność. Jego prace są niezwykle wyraziste, dlatego gwiazdy same proszą, aby zechciał zrobić im zdjęcia. Po prostu wyglądają wtedy tak, jakby ktoś przyłapał je na zwykłym życiu, na wykonywaniu codziennych czynności. Lindsay Lohan sfotografował, jak pali kolorową prasę z artykułem o niej samej, Amy Winehouse – jak wygłupia się bawiąc z białą kurą, Jessica Alba robi gigantyczny balon z gumy do żucia, a Beckhamowie przytulają się w łóżku. Uwielbiają go Sharon Stone, Catherine Deneuve, Mickey Rourke, Leonardo DiCaprio, Jay-Z, Kanye West, Karl Lagerfeld, Pharell Williams i wielu innych. W jego kolekcji znajdują się nawet zdjęcie Baracka Obamy (jeszcze z czasów, gdy ten był senatorem) robione dla magazynu Vibe. Sztab wyborczy polityka optował za usunięciem zdjęcia z okładki, argumentując, że sława „fotografa krocza” mogłaby zaszkodzić wizerunkowi przyszłego prezydenta USA. „Pierwsze słyszę, żeby krocze mogło szkodzić komukolwiek”, zdziwił się Richardson. Twierdzi, że nigdy nie prosi nikogo o zrobienie czegoś, czego on sam by nie chciał zrobić. „Jeśli zamierzam pstrykać nagie zdjęcia, sam zdejmuję ciuchy i daję aparat modelce, żeby i ona mogła strzelić mi kilka fotek. To mój sposób na budowanie atmosfery – z jednej strony odprężenia, a z drugiej – podniecenia. Potem mogę już zrobić wszystko”, mówi. Szczególnie, że zamiast profesjonalnej lustrzanki i zestawu obiektywów o różnej ogniskowej używa małego amatorskiego aparatu kompaktowego, na widok którego wiele modelek wykrzykuje: „O! Mam taki sam!”. „Nie umiem ustawiać ostrości w tych wymyślnych lustrzankach, a wstydzę się prosić o to innych”, kryguje się, ale tłumaczy też poważnie, że kiedy pracuje z „małpką”, ludzie są mniej przerażeni i nie wstydzą się. „Dodatkowo bardzo lubię ten moment, gdy oglądam wywołane zdjęcia i czuję ich zapach”, dodaje.

Terry nie obrabia samodzielnie fotografii, ale i nie pozwala na to fotoedytorom (ma to wręcz zastrzeżone w każdym kontrakcie); zatrudnia laboratoria albo zleca to swoim asystentom, po czym każdą sam akceptuje. Podczas sesji nie ustawia światła, nie korzysta z pomocy stylistów ani scenografów. „Richardson jest jak wielcy holenderscy mistrzowie, jak Rembrandt albo Bruegel”, uważa Jeffrey Deitch, właściciel słynnej nowojorskiej galerii, który urządził fotografowi retrospektywną wystawę prac „Terryworld”. Wydawnictwo Taschen opublikowało w 2004 roku pod tym samym tytułem album, a w 2008 roku wznowiło edycję dodając do każdej z 4 tysięcy limitowanych książek sygnowane zdjęcie Richardsona i maskotkę Terry-misia, przez co cena podskoczyła z 20 dolarów za sztukę do 700!

Syn swojego ojca

Część branży uważa go jednak za pretensjonalnego amatora używającego golizny jako metody na sławę, który nie skończył szkół, broni się przed techniką i karierę robi dzięki ojcu. Bo to właśnie Bob Richardson, ojciec Terry’ego wraz z Richardem Avedonem i Helmutem Newtonem, na przełomie lat 60. i 70. wyznaczał trendy w światowej fotografii.

Terry urodził się w 1965 roku w Nowym Jorku, kiedy jego ojciec był u szczytu kariery. Matka, Norma Richardson, występowała w broadwayowskiej rewii Bye Bye Birdie i tańczyła w nocnym klubie. Kiedy miał pięć lat, rodzice rozwiedli się, a on przeprowadził się wraz z matka na zachodnie wybrzeże, gdzie Norma zmieniła imię na Annie i poznała swojego drugiego męża Jackie Lomaksa, brytyjskiego muzyka. Zamieszkali w Hollywood. Kiedy Terry miał 10 lat, jego matka miała ciężki wypadek samochodowy, po którym nigdy nie wróciła już do zdrowia, a materialna sytuacja rodziny gwałtownie się pogorszyła.

Nigdy nie był słodki, ale po tym stał się dzieciakiem mocno skłóconym ze światem: „Zacząłem palić w wieku 11 lat, kiedy miałem 13, upijałem się już codziennie. Mieszkałem w końcu w Hollywood – to nie było skomplikowane; królował punk rock i nie było problemem znalezienie kogoś, kto kupi ci piwo. No a trawa i koka zawsze były w domu”. Jako nastolatek grał w punkowych kapelach. Zaczął brać heroinę i matka, próbując mu pomóc, załatwiła mu pracę asystenta u fotografa Tony’ego Kenta. Wtedy Terry zaczął pstrykać. Dodatkowo ojciec, nękany synowskimi neurozami (konsekwencja rozwodu rodziców i wypadku matki), załatwiał mu niezłe fuchy, na przykład fotografowanie backstage’ów Jimmiego Hendriksa i Rolling Stonesów. Młodszy Richardson wpuszczany był na wszystkie imprezy show-biznesu. Na jednej z nich Keith Richards doradził Terry’emu, żeby obrał naturalizm za drogę artystycznego rozwoju, zarabiał na fotografii reklamowej, a wielkość swojego penisa i famę na ten temat – uznał za najlepszy PR. Richardson przypomniał sobie tę radę na początku lat 90., kiedy zamówiono u niego sesję modową do miesięcznika Vibe. Zdjęcia obściskujących się nastolatków z ulicznego gangu zauważył Phil Bicker, ówczesny dyrektor artystyczny brytyjskiego Vogue’a, i zaangażował Terry’ego do kampanii reklamowej dla Katherine Hamnett. To automatycznie zakwalifikowało go do grupy najbardziej pożądanych fotografów modowych. Dlatego coraz rzadziej mówi się o nim jako o synu wielkiego Boba. Dodatkowo w przerwach między kolejnymi sesjami modowymi i publikowaniem albumów ze swoimi zdjęciami Terry reżyseruje wideoklipy, kręci reklamy dla telewizj i… swój pierwszy film: o ojcu, który rujnuje życie syna – Son of a Bitch. To też jest część kreacji artysty, budującego swój wizerunek.

Nagie prowokacje

Jesienią 2007 roku Richardson zrobił dla francuskiego Vogue’a sesję, która aż zbulwersowała Watykan. Długowłosa blond modelka w ubraniach od Marni, Martina Margieli i Comme des Garçons stała na polanie w lesie wewnątrz namalowanego na trawie pentagramu, tuliła białą kozę, wywracała białka oczu niczym wytrawny czarownik woo-doo. „Gówno mnie obchodzą ciuchy! Fotografuję ludzi, nie ubrania”, uważa Richardson i dalej robi swoje. Firma Lee Jeans zapłaciła mu w zeszłym roku 200 tys. dolarów za rozbierane zdjęcia jego samego i młodziutkiej modelki w obskurnej motelowej scenerii. Mimo że do kampanii reklamowej wybrano i tak najgrzeczniejsze ujęcia, Richardson znów wywołał zgorszenie. W Australii wycofano kampanię z mediów, argumentując, że penis Terry’ego, widoczny na większości zdjęć, nie pasuje do wizerunku firmy. Ale to wcale nie sprawia, że ludzie nie chcą oglądać jego fot. Firmy odzieżowe, magazyny lifestylowe, projektanci mody, wielkie sławy i wschodzące gwiazdki – jeśli choć raz z nim pracowali, ciągle do niego wracają. Tak jak na przykład Pirelli – to już niepierwszy sezon, kiedy Richardson bawi się w najlepsze i na przykład karmi nagą Mirandę Kerr bananami, jak podczas zdjęć do kalendarza na 2010 rok. Najnowsze prace Richardsona są coraz bardziej wyrafinowane i profesjonalne, ale i coraz bardziej roznegliżowane. Zdjęcia okularów Toma Forda zapadają w pamięć nie tylko z powodu ich wysmakowanego designu, ale przede wszystkim dlatego, że noszą je… kompletnie nadzy model i modelka.

Richardson minął już czterdziestkę, ale witalności, ciekawości świata i radości życia mógłby mu pozazdrościć każdy nastolatek. Nie ustatkował się, nie ożenił, nie ma dzieci (choć czasem twierdzi, że bardzo by chciał, bo fascynuje go dziecięca autentyczność) – nadal imprezuje do rana, fotografując nieprzerwanie. Kiedy ogląda się Terry’ego przy pracy, widać niespożytą energię, prawdziwą pasję i duże doświadczenie. I to wszystko sprawia, że jego zdjęcia są przesycone życiem i tak prawdziwe.

Natalia Syrzycka-Mlicka

Kreator, nr 15

Więcej tekstów >>