Ralph Lauren in his office.

Sprzedawca dobrego stylu

Urzeczywistnił swoje młodzieńcze marzenia, oddał się swoim pasjom bez reszty – a przy okazji od zera zbudował światową markę i zdobył kilkumiliardową fortunę.

Kto nie zna logo z rysunkiem gracza polo na koniu? Nie ma chyba takich. Polo Ralpha Laurena jest jedną z lepiej rozpoznawanych marek na świecie, a jej twórca urzeczywistnił american dream. Zaczynał jako nastolatek sprzedając kolegom krawaty własnego projektu i wyrobu („Wtedy krawaty były po 5 dolarów; moje kosztowały 12–15, co było rewolucją w branży, ale były ręcznie szyte”), a dziś jest właścicielem imperium mody, w którym zatrudnia swojego brata i średniego syna.

Dba o siebie – całe życie gra w tenis, a odkąd w 1987 roku usunięto mu guz mózgu – szczęśliwie bez komplikacji – zaczął także codziennie biegać. 14 października skończył 71 lat, ale „staruszek” to nie jest pierwsze określenie, które przychodzi człowiekowi do głowy, kiedy na niego patrzy. Szczupły, niewysoki, ale dobrze zbudowany, opalony, o ujmującym uśmiechu i zawsze ze smakiem ubrany stanowi żywą reklamę swojej własnej marki. „Rzeczy stają się lepsze wraz z wiekiem. Ubrania, które zaprojektowałem w 1967, wcale się nie zestarzały”, mówi. I mimo że wypuszcza co sezon nowe kolekcje, jest w tym wiele prawdy. Lauren od 43 lat sprzedaje nie tylko ciuchy, ale wizję świata, świata, w którym każdy, kto nosi jego spodnie i swetry, może grać w polo – nawet jeśli nie stać go na lekcje jazdy konnej. Bo sam świetnie pamięta lata swojego dzieciństwa i swoje ówczesne marzenia…

Ralph, rocznik 1939, wychował się w rodzinie żydowskich imigrantów, Friedy i Franka Lifshitzów (zmienili nazwisko na Lauren w latach 50.) razem z trzema starszymi braćmi. Jego ojciec był artystą, malarzem, ale zarabiał na życie malując mieszkania, a matka – jak to wtedy było w klasie średniej w zwyczaju – zajmowała się domem i wychowaniem synów. Mieszkali w Nowym Jorku, w Bronksie. Jako nastolatek Ralph był bardzo popularny – wysportowany, dobrze wychowany, zabawny i zawsze w najmodniejszych ciuchach. Sam zarabiał na nie pieniądze, bo nie dość, że sprzedawał kolegom własnoręcznie szyte krawaty, to jeszcze pracował po szkole w sklepie z odzieżą. W licealnej księdze pamiątkowej napisał, że ma zamiar zostać milionerem – i wygląda, że to były poważne plany. Wbrew zdaniu matki (która marzyła, żeby syn został rabinem), studiował handel pracując dorywczo najpierw jako sprzedawca rękawiczek, a potem w firmie produkującej krawaty. Jednak po dwóch latach rzucił szkołę – już dobrze wiedział, że pieniądze chce robić w świecie mody…

Najpierw jednak musiał odsłużyć swoje w amerykańskiej armii. Kiedy wrócił, przez kilka miesięcy pracował jako recepcjonista u okulisty i tam poznał swoją przyszłą żonę – Ricky Anne Low-Beer, dobrze wykształconą, wyrafinowaną, z europejskim światopoglądem. Sześć miesięcy później, pod koniec roku 1964, wzięli ślub. On miał 25 lat, a ona 19. Ona pracowała dorywczo jako nauczycielka tańca, a on znów zahaczył się jako sprzedawca – w najstarszej amerykańskiej sieci oferującej odzież męską, Brooks Brothers. To nie były dla nich łatwe czasy; wynajmowali malusieńkie mieszkanie na Manhattanie i żyli bardzo skromnie. „Ale oboje uwielbialiśmy piękne rzeczy i oboje mieliśmy wyższe aspiracje. Moim zdaniem to dobrze i zdrowo: snuliśmy marzenia o życiu, jakie chcielibyśmy wieść”, wspomina Lauren. W 1967 roku wziął pożyczkę (50 tysięcy dolarów) i otworzył sklep z krawatami, między innymi własnymi – szerokimi, o orginalnych deseniach, z najlepszych materiałów – które sprzedawał pod świeżo wymyśloną marką „Polo”. „Zawsze lubiłem sport, choć nigdy nie grałem w polo. A nazwa podobała mi się dlatego, że przywodziła na myśl wielki świat, europejskość i zdrowie, tak ważne dla Amerykanów”, tłumaczy. „To był sport królów – wytworny, pociągający i międzynarodowy”. Interes się przyjął.

Krawaty to było stanowczo za mało – Ralph Lauren chciał zmienić męską modę. „To były późne lata 60. i wszystkie marynarki wyglądały tak samo sztywno: 3 guziki i klapy w kształcie strzałek. A mnie się zawsze podobał styl angielskich dżentelmenów, którzy nosili się z klasą, wiedzieli, w co są ubrani, ale zachowywali się tak, jakby nie mieli o tym pojęcia. To właśnie chciałem osiągnąć”, wspomina projektant. I udało mu się, jak nikomu innemu, zaszczepić szyk starego kontynentu na amerykańskim gruncie. Firma Laurena zaczęła sprzedawać – nie tylko modę, ale i styl życia. W jej reklamach młodzi, zamożni i dobrze ubrani ludzie grają w tenis, przechadzają się po wielkich, starych posiadłościach, jeżdżą konno; zawsze zadowoleni, pełni życia i nonszalancko eleganccy.

Do męskich strojów jeszcze w latach 70. doszła linia damska, a w następnej dekadzie Lauren stworzył Ralph Lauren Home – markę, która sprzedaje meble z klasą i wytworne artykuły do domu. Mimo trudności i wahań rynku firma w następnych dekadach wypromowała kolejne marki (linię młodzieżową i dla dzieci), odświeżyła już istniejące, a od roku 1997 jest notowana na giełdzie – i jej akcje stale rosną. Ale ich twórca koryguje: „To tylko tak wygląda, jakby samo przyszło. A to było naprawdę trudne, bo nikt wcześniej o mnie nie słyszał. Nie pisali o mnie w gazetach. Nie przyjechałem prosto z Paryża ani nie nazywałem się Pierre Cardin. Ja po prostu ciężko pracowałem, sam dowoziłem swoje krawaty. Przeszedłem ostrą szkołę”. I dodaje nie bez satysfakcji: „Nigdy nie sądziłem, że to będzie taki sukces. Po prostu zaufałem swojemu instynktowi”.

Ten niebywały sukces to nie tylko zasługa samego Ralpha. Nie osiągnąłby tego, gdyby nie stojąca przy nim murem od 46 lat żona (niektórzy wręcz twierdzą, że wiele projektów nosi znamiona damskiej ręki) i trójka dzieci – córka Dylan (36 lat), która ma własny sklep z cukierkami na Manhattanie, oraz synowie Andrew (41 lat), producent filmowy, i namaszczony już na następcę, pracujący z ojcem David (39 lat). Rodzina odgrywa w życiu Laurena istotną rolę. „Widuję się z dziećmi w weekendy i mam z nimi świetny kontakt”, deklaruje i to w zasadzie wszystko, bo wiadomo, że jest bardzo powściągliwy w słowach, jeśli chodzi o jego najbliższych.

Łatwo jednak zauważyć, że Ricky jest zawsze przy nim – szczupła i drobna, o złocistych włosach, rozświetla przestrzeń wokół Ralpha, żeby ten był lepiej widoczny. Czy to podczas pokazu nowej kolekcji (kiedy na koniec Lauren wychodzi na wybieg, zawsze wskazuje na nią, a ona wstaje i objemuje męża), podróży do Rosji (na otwarcie salonu marki w Moskwie), trudnych chwil kryzysów (zdarzały się i takie, ale projektant-prezes zawsze wychodzi z nich obronną ręką), czy podczas świętowania kolejnych sukcesów. Jak wiosną, kiedy przyjechali razem do Paryża, by odebrać Order Legii Honorowej z rąk prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, przyznany Ralphowi za całokształt. Choć zważywszy jego zasługi dla promocji brytyjskiego stylu życia, bardziej należałby mu się tytuł „sir”.

Natalia Syrzycka-Mlicka

Kreator, nr 17

Więcej tekstów >>